Wstyd w relacji. Emocja, która chowa się w cieniu.
- Magda Stępień

- 4 dni temu
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 3 dni temu

Wstyd rzadko przychodzi sam. Najczęściej rodzi się pomiędzy.
W spojrzeniu, które zatrzymuje się o chwilę za długo. W ciszy, która nagle przestaje być neutralna. W czymś, co nie zostało nazwane, a mimo to zostało rozpoznane.
Ciało reaguje pierwsze. Ramiona opadają, wzrok ucieka gdzieś obok, oddech skraca się, jakby brakowało na niego miejsca. Jakby lepiej było zniknąć odrobinę wcześniej, zanim ktoś zobaczy za dużo.
Wstyd nie krzyczy.
Nie pcha się na pierwszy plan.
Działa cicho, jak cień — pojawia się wtedy, gdy ktoś jest blisko. Gdy jesteśmy widziani.
Wstyd przychodzi w chwili, gdy pragniemy, by ktoś nas zobaczył, a jednocześnie czujemy, że to, co mogłoby zostać dostrzeżone, jest zbyt nagie i kruche, więc cofamy się o pół kroku, jakby świat był miejscem, w którym trzeba nauczyć się znikać, zanim zostanie się rozpoznanym.
Wstyd jest emocją, która rodzi się w relacji. Tam, gdzie spotykają się dwie siły: potrzeba bycia zobaczonym i lęk przed tym, co to spojrzenie może odkryć — przed tym, że to, co wewnętrzne, okaże się zbyt intensywne, zbyt odsłonięte nie na czas.
Często zaczyna się bardzo wcześnie. W momentach, gdy emocje nie znalazły miejsca. Gdy spotkały się z dezaprobatą, zniecierpliwieniem albo ciszą, która nie niosła ukojenia. Wtedy wstyd nauczył się, że bezpieczniej jest się wycofać. Zmniejszyć. Dopasować kształt do przestrzeni, w której przyszło być.
Zostaje w ciele jak pamięć.
Jak napięcie pod skórą.
Jak fala — raz gorąca, raz lodowata.
Jak impuls, by się skurczyć i zająć mniej miejsca w świecie.

Z czasem zaczyna porządkować relacje. Jedni wybierają ostrożność.
Inni — nieustanne dostrajanie się do drugiego. Jeszcze inni uczą się dystansu, bo bliskość zawsze niesie ryzyko bycia zobaczonym takim, jakim się jest.
W dorosłym życiu wstyd rzadko nazywa się po imieniu. Częściej ukrywa się za perfekcjonizmem, za wycofaniem, za cichym przekonaniem, że inni jakoś lepiej wiedzą, jak żyć. Pojawia się tam, gdzie trudno mówić o potrzebach bez lęku, że to za dużo. Albo tam, gdzie bycie widzianym jednocześnie koi i zawstydza.
Bywa, że wstyd nie potrzebuje już drugiego człowieka. Przenosi się do wnętrza. Zamieszkuje w dialogu z samym sobą — surowym, niecierpliwym, pozbawionym łagodności.
Wstyd nie znika od decyzji ani od siły woli. Najczęściej mięknie w czyjejś bezpiecznej obecności. Tam, gdzie można zostać zobaczonym i nie musieć się kurczyć. Gdzie nie trzeba znikać, żeby zostać przyjętym.
Czasem potrzebuje słów. A czasem — tylko czyjegoś spokojnego spojrzenia.
Może wstyd jest tylko cieniem, który nie chce nas przestraszyć, lecz być wreszcie zauważony, bo kiedy pozwalamy mu być blisko, okazuje się, że niesie w sobie coś kruchego, co od dawna czekało na odrobinę czułego światła — i na zgodę, by zostać.

Komentarze